Nikt nie lubi chorować. Ja też. W dzieciństwie spędziłam zbyt dużo czasu w łóżku z anginami, zapaleniami oskrzeli i grypami. Wychorowałam się za wszystkie czasy.

Teraz robię co mogę by nie łapać infekcji, szczególnie kiedy nie ma już możliwości poleżenia i zdrowienia jak za dawnych czasów J

 

Najbardziej nie lubię kiedy infekcję łapie moje dziecko.

Wtedy zatrzymuje się wszystko.

Moja osobista codzienność zostaje mocno zdestabilizowana i ograniczona.

Wiem, że założenia na nadchodzące dni zostaną poddane mocnej weryfikacji.

Siła wyższa J

Dziecko i jego zdrowie jest dla mnie najważniejsze jak dla każdej matki.

Niemniej jednak jestem aktywną Kobietą, która nie zajmuje się tylko wychowywaniem dzieci.

Codziennie mam wiele zajęć pomimo wrażenia wielu ludzi z mojego otoczenia, że czas kupuję sobie na czarnym rynku 😉 no tak dobrze to nie jest J

 

Jestem pełna szacunku i podziwu dla Kobiet, które decydują się na pełną opiekę nad dziećmi.

Ja się do tego nie nadaję. Moja natura na to nie pozwala. Jestem i zawsze byłam wolnym duchem, który nie lubi być ograniczany czasowo. Tak też jest w kwestii macierzyństwa.

Bardzo chciałam mieć dziecko i kocham niespotykaną miłością tego cudownego człowieka jakim jest i staje się moja Córka.

„Matka polka’ ze mnie raczej nigdy nie będzie . Nie jest mi z tym źle.

Dlatego w chwili zachorowania dziecka podchodzę do tego stanu rzeczy bardzo zadaniowo, wręcz mechanicznie.

 

Nie mam luksusu w postaci babci, która by kilka godzin dziennie odciążyła mnie z opieki. Dzisiaj wiem, że to lepiej. Ja się z tego czasu już nawet cieszę i potrafię sobie poradzić bez pomocy nikogo. To jest czas dla mnie i mojego dziecka. Sposób na budowanie więzi, zrozumienia i ogromnej cierpliwości. Myślę, że obustronnej. Ja traktuję moje dziecko jako człowieka z takimi samymi prawami jak ja, które też czasem może mieć mnie dość. Na szczęście nie należę do tych nadgorliwych mam.

Uważam, że jakkolwiek byśmy nie traktowały naszych dzieci to zawsze robimy to w najlepszej wierze i z najlepszymi uczuciami J

 

Ja zawsze robiłam na opak więc i w tym konkretnym przypadku nie było inaczej J

 

Najpierw biorę głęboki wdech J duża ilość powietrza przyda mi się przy trudnej współpracy z marudzącym maluchem J u mnie następuje często „zapowietrzanie” na grymasy i fochy mojej chorowitki.

 

Kiedy namówię na wypicie leku na obniżenie temperatury reklamując go, że to najlepszy syrop, o najlepszym smaku truskawki i z magicznym pyłem gwiezdnym od jednorożców to najczęściej zaraz słyszę:

 

– Chcę się przytulić.

 

Tak. Następuje przyklejenie. Na całego J Nie ma zmiłuj. Siłownia pewna. Podnoszenie ciężarów (22kg).

Pić – idziemy razem to znaczy ja idę leniwczym krokiem a Dusia na mnie wisi. Plusem jest to, że zanim obniżacz temperatury zacznie działać mam szalik, który daje sporo ciepła J

Ledwo usiądziemy – Mamo jeść. Ma apetyt! Jest dobrze. Znów ta sama droga do kuchni.

– Co chcesz zjeść?

-Nie wiem.

Zaczynają się schody. Po moich trzech propozycjach pada smak na..suchą bułkę.. J Można i tak J

Wracamy. Pod pachą mam swój kalendarz. Trzeba zweryfikować plany i rozdzielić pracę na dłuższy czas i być może wspomóc się innymi.

 

W międzyczasie udaje mi się dodzwonić do lekarza. W okresie grypowym upraszam się o wizytę domową.

Będzie!

 

Dusia zasypia. To nie jest raczej czas dla mnie na sen. Wykorzystuję to na oddzwonienie na kilka telefonów w tym do zmartwionej Babci, a mojej Mamy.

 

Wszystko z poziomu kanapy. Po godzinie zastygnięcia w jednej pozycji z dzieckiem przyklejonym do mnie łapią mnie skurcze i drętwieje wiadomo co 😉 No nic.

Dalej operuję jedną ręką.

Jak dobrze, że smartfony są! Na maile, wiadomości odpisuję w miarę sprawnie.

Łapie mnie głód. Na stole obok leżą dusikowe chrupki – nie ruszę się zbytnio bo ją obudzę a poza tym jakbym nie była głodna to i tak tego nie zjem.

Siedzimy tak. Wpatruję się w tego mojego chorowita i otulam kocem.

Nie ma mowy, żeby położyć ją obok. „ Chcę do Mamy.”

Nie ma dyskusji J

Telewizji nie oglądam, ale teraz te piloty kuszą mnie.

Przeskoczyłam sprintem po programach. Jak zwykle NIC nie ma dla mnie interesującego.

 

Siedzę sobie, słucham muzyki tak i myślę. Rozmyślam na wszystkie tematy na które zwykle nie mam czasu. Najfajniejsze jest w tym to , że to właśnie w takich momentach przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły! J Bo kto może sobie pozwolić dzisiaj na luksus czasowy i rozmyślać na tematy, które sprawiają przyjemność w godzinach obiadowych? Normalnie wtedy to czas wzmorzonej pracy szarych komórek 😀

 

 

Kiedy Dusia zaczęła łapać dziecięce infekcje na początku mocno się denerwowałam. Nie na nią rzecz jasna. Na siebie, że nie potrafię sobie odpuścić. Na sytuację, że muszę przecież pracować, że to lubię. Kocham dynamikę, zmiany i jak się dużo dzieje. Kiedy następuję stagnacja, uspokojenie to ja wpadam w irytację. Tak mam J Dlatego choć mi mówiono, że z dziećmi w domu ciągle coś się dzieje i na nudę narzekać nie można to jednak po sprawdzeniu wiem, że to nie dla mnie.

 

Jednak czas kiedy musze się zatrzymać i wyłączyć z moich typowych codziennych aktywności nie był od razu łatwym czasem.

 

Musiałam sporo sobie przetłumaczyć, poukładać i zrozumieć J

 

Dzisiaj podchodzę do tego zupełnie inaczej.

 

Taka sytuacja i tyle.

 

Dlatego pomimo tego, że dziecko potrafi być marudne, oj potrafi i nie raz w normalnych warunkach takiego marudzenia innym powiedziałabym od razu co myślę to tutaj jest inaczej.

 

Mój dzień jest zupełnie inny.

 

Wstaję rano, najczęściej po kilku godzinach snu i to snu na raty bo kiedy choróbsko przybiera na sile a najczęściej pada na noc to i dziecko się męczy i nie śpi. Kaszel dusi niemiłosiernie i katar męczy.

Najczęściej Dusia śpi ze mną albo ja z nią, żeby chociaż Tato się wyspał i funkcjonował jakoś dobrze J

Zgarniam Dusię do pokoju, ubieram ciepło. Tutaj trwają dłuuuugie negocjacje bo choć słabiutka i chora to wybrzydza, że tego sweterka nie założy bo jej za ciepło! Nie będzie też nosiła kapci bo niewygodnie. Dobrze, że dogadujemy się na cieplejsze skarpety 😀

 

Otulam kocem na kanapie i pytam o śniadanie.

 

– Nie wiem. Wymyśl coś. – słyszę najczęściej 😀

 

Po śniadaniu kolejne schody: znów trzeba stworzyć  opowieść o magicznych napojach.

 

_ Ale mamo, przecież wróżki robią dobre soki a ten jest niedobry.

– Oj. Musiały zrobić z innych truskawek 😀

 

Dobra. To mamy z głowy Aż do wieczora 😀

 

W tym czasie słyszę dźwięk przychodzących maile. Zerkam ukradkiem na skrzynkę. Sprawdzam skype. OK. Szybkie odpowiedzi poszły. Teraz dalej.

 

Zjadła!

No to teraz ja J Mój zegar bije na alarm. Wypijam szybko wodę z cytryną. Szybko pochłaniam też suplementy,  żeby nie załapać od choruska infekcji o ile już jej nie złapałam 😀

 

Nie lubię tego robić, ale nauczyłam się tym zarządzać w chwilach kryzysowych jakimi są niewątpliwie choroby dziecka i włączam bajkę L

– Nie chce tej mamo.- słyszę jak jestem już w połowie schodów w kierunku łazienki.

Wracam i załączam co chce. Idąc na górę zastanawiam się jak to jest. Chore, słabe a marudne i wybredne J

Szybko doprowadzam się do stanu względnej używalności. Dzisiaj robią coraz lepsze kosmetyki dobrze maskujące brak snu bynajmniej nie po imprezie J

 

W podskokach zbiegam do pralni. Aktywuję szybkie pranie i mam pół godziny na pracę. Teraz siadam do biurka. Przeglądam oferty, odpisuję na fejsbukowe wiadomości. Sprawdzam też wiadomości na Instagram. Odpisuję na komentarze i słyszę:

– Mamo, gdzie jesteś?.

Nie starczyło mi czasu na zapłacenie faktur. Może później? 😉

 

Lecę na dół.

 

Kot miauczy. Cholerka- zapomniałam dać mu jeść.

 

Tata wychodzi do pracy.

– Tu masz kawę, tu masz pudełko z jedzeniem. Nie zapomnij kupić mleka bo się kończy.

 

Nareszcie jem śniadanie. W ostatniej chwili ‘czasu karmienia’. Mimo wszystko dalej pilnuję wytycznych dietetyka choć trudniej jest zimą i teraz jak jestem uziemiona.

 

Zanim wybije południe oglądam bajkę o lodowej królowej po raz drugi z przyklejoną małpką do piersi.

 

Telefon się rozładował. Nie mam kontaktu ze światem.

– Może to i dobrze?- myślę sobie.

 

Dusia zasypia. Udaje mi się ją położyć obok.

 

Kawyyy. Potrzebuję kawy! Cholerka tylko czajnik ją obudzi to bankowo.

Trudno. Musi starczyć woda i małe pomidorki póki co J Lecę na górę.

Przerzucam pranie do suszarki i pędzę do biurka.

 

 

Zanim to jednak robię staję w oknie. Przyglądam się drzewom za oknem. Obseruję śmieszne wróbelki ganiające się po gałęziach. W ten sposób uspokajam swoje wnętrze, które od świtu wibruje w dziwny sposób.

 

Czas, czas, na czas. Wszystko i szybko. Nie wiem ile mam czasu. Właśnie tego chyba najbardziej w takich sytuacjach nie lubię.

Jestem typem, który jak wie co ma robić to robi za ciosem. Nie znoszę być odrywana. Wówczas to czym się zajmowałam przestaje mieć ten smaczek i też ciężej się zmobilizować ponownie.  Zawsze znajdzie się jednak ktoś, kto akurat sobie o Tobie przypomniał i postanowi albo zadzwonić, albo napisać J

 

Nauczyłam się to ignorować. Kiedy dzwoni telefon a ja akurat coś robię ważnego, szczególnie teraz to odkładam tą rozmowę na później, Z szacunku do siebie i rzeczy którą mam zrobić i z pewnych względów jest dla mnie ważna. Jeżeli okaże się, że to coś pilnego to ufam, że telefon będzie dzwonił i dzwonił kilka razy.

 

Na wiadomości też odpisuję często hurtem później jeśli treść nie wymaga natychmiastowej reakcji.

 

Kiedy budzi się Dusia już z lepszym nastrojem to szybko zjada zupę. Na szczęście obyło się bez buntu. Musiała zgłodnieć.

 

Siedze z nią, czytam bajki albo ryzujemy. Lubi mówić mi co mam narysowac a później jak widzi moje koślawce to z tym kochanym współczuciem w oczach mówi:

– Ładny ten kotek mamuś. Coraz lepiej Ci idzie. Gratuluję J

 

Lubi mnie naśladować 😉

 

Kiedy wraca Tata do domu to nie jest tak, że ja matka z automatu mam wolne i mogę beztrosku i bez spięcia w łydkach pobiec do komputera by napisać do końca tekst na bloga, który zaczęłam albo wybrać zdjęcia do gotowego już wpisu.

Nie nie J

Tata jest fajny, ale to Mama jest najfajniejsza i to najbardziej w chorobie.

Tata może się starać przypodobać na różne sposoby, ale i tak na przód wysuwa się Mama J

 

Także mój dzień trwa 😀

 

Kolacja.

 

Mycie.

 

Bajka.

 

Sen.

 

Wtedy kiedy by się wydawało, że dziecie śpi. Nawilżacz w pokoju aktywowany, muzyka relaksacyjna w tle. Może pośpi te kilka godzin.

 

Przez cały dzień z tyłu głowy siedzi mi jedna myśl.

Szalona, oj bardzo:

 

Jak już pójdzie spać to ja sobie wezmę szybki prysznic i zasiądę do pisania, do zaległości i tych wszystkich cudownych rzeczy o których myślałam siedząc nieruchomo na kanapie kilka godzin wcześniej.

 

Niestety.

 

Choć zgarniam z szafki nocnej książkę, którą staram się po trochu chociaż czytać codziennie to przegrywam ze zmęczeniem.

 

Dobija mnie ciepło bijące od kominka.

 

Wisienką na torcie jest pytanie:

  Oglądamy jakiś film?

– Możemy.

 

Po czym zasypiam na napisach….poczatkowych 😀

 

Ze snu wyrywa mnie szarpanie Dusi gdzieś po pierwszej w nocy J

 

Zaczynamy od początku J

 

Każdego dnia niewiele się zmeinai J

 

Mogłabym właściwie wklejać : copy – paste z drobnymi zmianami 😉

 

Jak na przykład podając kawę ukochanemu i mówiąc:

 

– Nie zapomnij proszę wcześniej wrócić. Mam warsztaty.

 

No tak. Mam. Wypadałoby się też jakoś do nich przygotować co nie? 😉

 

 

 

W tym całym zwariowaniu ciężko jest NIE zwariować.

 

Mnie pomaga dobra organizacja. Dobra to znaczy jaka?

Taka, która jest podyktowana moim życiem i moją rzeczywistością.

Każdy ma inną.

 

Spokój może tylko uratować. Akceptacja wzmocnić . Miłość do dziecka wyłączyć na ten pęd.

Niepotrzebny z perspektywy czasu.

Świat się dalej będzie kręcił.

Nie skończy się od tych kilku dni bez naszego aktywnego udziału a bycie czasem „matką polką” kilak dni jeszcze nikogo nie zabiło, nawet mnie J

 

Ja nawet mogę się śmiało przyznać, że polubiłam ten czas kiedy Dusia choruje.

 

Mówią, że jeżeli nie jesteś czegoś w stanie zmienić to polub to. Ja tak zrobiłam i żyje mi się o wiele lepiej jako kobiecie i  jako matce J

Dałam sobie luz i przyzwolenie na to, że pewne rzeczy zrobię później. Może lepiej? Może szybciej? A może wcale nie będę musiała ich robić bo tak miało być? J

 

Tymbardziej cieszę się kiedy nastaje dzień w którym wkładam przysłowiowe szpilki i wiozę dziecko do przedszkola, kiedy trazem śpiewamy nasze hity i ten moment keidy wracam do swoich zajęć w moim rozkładzie jazdy J

 

Trampki owszem, na warsztatach, na które już chyba zawsze będę wpadać prosto z kapci J