Zebranie się do kolejnego wpisu zajęło mi prawie miesiąc.. i to nie dlatego, że na cudownych wakacjach mocno się rozleniwiłam bo wręcz na odwrót…ten czas bardzo mnie zmobilizował i zmotywował na tyle, że głowę miałam pełną innowacyjnych pomysłów i wręcz nie mogłam się już doczekać aż wdrożę je w życie i to nie tylko swoje…

 

Jetlag nie pomagał też w oswajaniu się z wieściami jakie do mnie doszły o stanie zdrowia mojego jedynego już i ukochanego Dziadka…

U Dziadeczka bowiem zdiagnozowano nowotwór…- tak, paskudnego rakulca, który pomalutku, po cichutku wyniszczał Jego organizm zanim komukolwiek przyszedł na myśl…a to może są nerki, może kręgosłup a może wrzody…I tak diagnozowanie trwało kilka dobrych miesięcy…aż do powtórnego usg u kolejnego lekarza…i bomba…dla wszystkich…dla mnie też choć muszę się przyznać, że spokojnie to przyjęłam…wierząc, że ‘wszystko będzie dobrze’ ; myśląc, że mój Dziadeczek to komandos, fighter, facet przez lata nie do zdarcia…przecież po rozległym zawale potrafił sobie zapalić czy za zdrowie wypić no to z rakiem sobie nie poradzi?!

 

Dziś okazuje się, że to nie tak, że On sobie z Nim nie radzi tylko ten sk…… radzi sobie z Dziadeczkiem coraz bardziej, coraz szerzej i co gorsza szybciej…wyścig z czasem jednak trwa…

Tak jak wielu zadaje w takich chwilach pytanie o to ile czasu mu zostało to mnie takie pytanie zupełnie nie przyszło do głowy!

W żadnym wypadku! Absolutnie nie! Nie i koniec!

 

Kiedy oglądam w filmie, czytam w książkach czy słucham w radiu doniesień o cierpieniu, chorobach  a nawet śmierci to zawsze się wzruszam.

Nie są mi obce myśli o przemijaniu. Nawet często o tym myślę a w obliczu obecnej sytuacji nawet cały czas.

Choć jestem z natury optymistką to z tym muszę się mocno zmierzyć i dobrze nastawić.

 

Teraz trzeba Go poinformować…kto ma to zrobić? Jak? Przecież do przekazywaniu takich informacji nie ma załączonej instrukcji! A odwlekanie tego w czasie działa tylko na niekorzyść..

Jak na mojego Dziadeczka przystało przyjął informację jak to On: ‘Przecież ja wiedziałam, że to musi być sku…. (rak), kręgosłup bolał mnie latami, nerki też to się nie pomyliłem‘- cały Miro <3 Waleczna postawa i zdecydowana chęć leczenia każdą możliwą metodą.

 

Chcąc i czując chęć spotkania się z Dziadeczkiem zapakowałam siebie i Dusię w pociąg i z pełnym optymizmem jaki tłoczę codziennie w siebie pojechałam do Warszawy gdzie przebywa Dziadeczek.

Niestety kiedy docierałyśmy już do Warszawy dostałam telefon od Siostry, że Dziadeczka zabiera pogotowie bo boli Go tak strasznie i spada ciśnienie…I teraz też poczułam, że dobrze, bo będzie pod okiem specjalistów.

Jak tylko wpadłam do domu Rodziców to zostawiłam Dusie z Mamą,  zrobiłam sobie herbaty i pognałam z Tatą do szpitala.

 

Już wchodząc do szpitala poczułam nieprzyjemny dreszcz…ciemne korytarze i dziwnie spoglądający ludzie…

Weszłam na izbę przyjęć, tak! Na izbę przyjęć gdzie ciągle i wciąż od kilku godzin siedział Dziadeczek….!

Siedział…taki spokojny, zgarbiony, z podłączoną kroplówką.. Lekko we mnie zagrało..

Na mój widok zaświeciły mu się oczy i serdecznie się ucieszył.. ja też!

Kiedy Go przytuliłam zamarłam – był taki chudziutki…strasznie schudł…to już nie ten Dziadeczek z brzuszkiem z którego się zawsze razem śmialiśmy..

Zagadałam Go jak to ja o to i owo – tak jakbyśmy byli w parku a nie na korytarzu szpitala..

Rozgadał się.. rozpromienił na chwilę ..ja też ..żartowałam, zagadywałam ..widząc jednak Jego patrzące w dal spojrzenie…

 

W końcu przyszła pielęgniarka z informacją, że przyjmują (wow!) Dziadka na oddział..

Pojechaliśmy windą na oddział wewnętrzny. Odwróciłam wózek od lustra. Ja sama nie chciałabym siebie schorowanej oglądać…Pielęgniarkom jest wszystko jedno – zresztą ta jadąca z nami dała mi to odczuć…Oddział wewnętrzny…Tak samo ponure miejsce jak średnio zachęcająca izba przyjęć…

Rozpakowałam Dziadeczkowi rzeczy, ustawiłam wodę i po wstępnym zbadaniu przez panią doktor wróciłam z Tatą do domu.

Następnego dnia postanowiłam nie wnikać i nie rozmawiać o dolegliwościach. Nakupiłam masę gazet, wody i krzyżówek dla Dziadka. A co! Niech ma co robić! Tak jakby czekał na operację na woreczek… Zjechaliśmy nawet razem windą do kantyny gdzie napiłam się kawy i pogadaliśmy poza salą szpitalną co u nas, jak Dusia itp. Czyli o tym co normalnie zawsze…

 

 

I ta właśnie ‘normalność’ jest przeszkodą. Odczuwam to szczególnie w naszym społeczeństwie.

Temat śmierci jest tak odległy, obcy i wydawać by się mogło, że pod względem większości religijnej panującej u nas w kraju bliżej jest właśnie to końca niż do neutralnego podejścia w tym temacie.

 

O ile prościej jest traktować Śmierć jako etap, kolej rzeczy…stan ostateczny w tym wymiarze…koniec ziemskiej wędrówki..

Miałam swój punkt kulminacyjny w związku z pogarszającym się stanem zdrowia Dziadka.

Nie dlatego, że odczułam bezradność, beznadziejność czy załamanie… Tak bardzo chcę, żeby wyzdrowiał na tyle by mógł żyć i cieszyć się jeszcze Życiem…

Jednak wiem też, że wszystko jest Nam zapisane zanim o tym sami wiemy…

To uczucia oczekiwanego smutku jest mocno irytujące.

 

Dlaczego zmusza się ludzi do dramaturgii jeszcze kiedy Człowiek żyje?!

Dlaczego mam już płakać skoro ja!, osoba zawsze szukająca światła w ciemnym tunelu, ba! często go znajdująca,  mam już żegnać się z Dziadkiem jak może się właśnie dzięki uśmiechowi,  normalności coś ustabilizuje, polepszy bo ta ohydna presja nie będzie tak odczuwalna?

Nawet jeśli nic to nie da to nie zarzucę sobie, że opłakiwałam kogokolwiek zanim się cokolwiek stało.

To trochę tak jakbym zachęcała wręcz do negatywizmu przed którym się tak zawsze broniłam a który często był narzucany. W takich klimatach przyszło nam żyć..

Czemu nie można podejść do tematu normalnie?

Ja od dobrych kilku lat staram się funkcjonować bardzo świadomie i racjonalnie.

Nie wszystkim się to podoba,  ale jest również grono tych, którzy to popierają.

Przeszłam sporą mentalną przemianę i nie godzę się i nigdy nie zgodzę na pojmowanie nieuchronnej dla nas śmierci w taki sposób.

Nie wyobrażam sobie Rodziny i bliskich mi osób płaczących przy mnie, załamanych i patrzących z politowaniem.

Sorry, wyrzuciłabym za drzwi.

Nie wyobrażam sobie tego. niedawno byłam bliska ‚zejścia’…wiem jaki to strach.. lecz dalej twierdzę, że nie życzyłabym sobie litości a wręcz przeciwnie: normalnych spotkań i rozmów.

Tak i już!

Wiem, że to jest chwila na którą Nikt nie jest się w stanie nigdy przygotować.

Więc dlaczego my sobie to jeszcze bardziej komplikujemy?

Dlaczego dopiero w takich momentach zatrzymujemy się i myślimy, że czegoś nie zdążymy, o czym z taką osobą rozmawiać, jak, czy zdążymy wszystko powiedzieć.

Ja mam na to jedno pytanie: a co robiłaś/robiłeś zanim to nastąpiło? Czy miałaś/miałeś wystarczająco czasu by się zatrzymać i zastanowić, czy rozmawiałaś/łeś, mówiłeś o swoich uczuciach, zabiegałaś/łeś o wspólny czas, chwile, słowo, gest?

No pytam się…

Wkurza mnie jak ludzie u czyjegoś schyłku dopiero zaczynają myśleć!

Ludzie kochani!

W czasach jakich przyszło nam żyć chwilą bo tak czas pędzi… więc czemu tego tak uparcie nie robimy?

Z wygody? Z przyzwyczajenia?  Z poczucia luksusu czasowego, że Życie jest nieskończoną pętlą?

I to na czym powinno opierać się nasze Życie stawiamy  na szali z tym co Nas od niego tak naprawdę odciąga…

Dlaczego odkładamy, odwlekamy myśląc że zdążymy.

Otóż nie.

Brutalna jest prawda: często nie zdążymy.

Dlaczego ja widząc się czy słysząc z Babcią, Dziadkiem, Mamą, Siostrą, Tatą, sąsiadką, panią w piekarni, panem w kiosku mówię to co czuję, myślę, żartuję, zagaduję tu i teraz?

Nie za godzinę, jutro, przy następnej okazji…kiedy nie zdążę to zadzwonię czy napiszę.

Dzielę się Życiem rzeczywistym.

Jak wyznaję uczucia to też nie przy następnej rocznicy albo kiedy On wreszcie zrobi to czy tamto.

Małe ma dla mnie już znaczenie, że jest to często jednostronne.

Ważne jest co się dzieje we mnie.

Dlaczego widząc się z koleżanką na kawie, sushi czy spotkaną przypadkowo w sklepie serdecznie cieszę się na jej widok?

Dlaczego zaglądam do biura jednej czy drugiej koleżanki jak jestem w pobliżu?.

Nie mam sama czasu na pogaduchy, ale dam znać, że jestem, że myślę, pamiętam…

Niby nic…a jednak…

Zajmie mi to przecież tylko chwilę. Może Jej nie być. Może nie mieć czasu. Możemy się już też nigdy nie spotkać…

Tak często sami się blokujemy a później żałujemy.

Taka jestem. Nie zostawiam rzeczy na później. Szczególnie tych związanych z ludźmi na których mi zależy.

Bo od ludzi zależymy, a ludzie od nas. Czy tego chcemy czy nie.

Tak ja rozumiem funkcjonowanie w społeczeństwie.

Co mi to daje ktoś zapyta. Ano daje mi to poczucie wewnętrznego spokoju; że gdyby się coś mnie czy komuś stało to nie będzie wyrzutów sumienia, nieprzyjemnych emocji, które z oblubieniem zakorzenią się w nas.

Pozwala mi to na zachowanie czystości relacji.

Dlaczego dopiero trudne i często ostateczne sytuacje powodują ważne refleksje i przemyślenia..?

Przecież to takie proste: Żyj tak wśród ludzi jakbyście mieli się już nie spotkać.

 

Nie zgadzam się na zmuszanie do cierpienia bo tak wypada, bo to norma.

Nie chce!

Nie zmusi mnie nikt to cierpienia na zapas, do tragizmu i dramatu.

Jestem pogodzona.

Jestem ufna.

Wierzę w cuda.

Moje wszystkie pozytywne myśli skupiam teraz na Dziadku.

Nie na sobie.

Nie tak miało być.

Wiem.

Jest co jest.

Jestem spokojna.

Spokoju też życzę Dziadeczkowi.

Chcę mieć w Jego wieku (78l.) taką wewnętrzną Siłę i wole walki!

 

Nigdy się nie poddawaj!
i…

 

Spiesz się Kochać Ludzi…