Dom.

Taki własny, przytulny, idealnie z kominkiem, marzy się prawie każdemu.

Mnie marzył się bardzo.

Takie moje miejsce.

Moja forteca, gdzie nikt z zewnątrz nie będzie mi zagrażać.

Długie lata o takim marzyłam.

Kiedy byłam mała mieszkałam w domu jednorodzinnym. Później jednak przeprowadziliśmy się do mieszkania i to już nie było to samo.

Mieszkałam w wynajmowanych mieszkaniach, w Polsce, później w Wielkiej Brytanii.

Rodzice kupili  mieszkanie. Mieszkałam tam kilka lat. Do wyjazdu z Polski.

Było fajnie, ale to zawsze nie było moje. Nie czułam przynależności do miejsca.

Choć jestem osobą, która raczej się nie przywiązuje do miejsc, to jednak gdzieś w głębi chciałam mieć takie swoje miejsce.

Taką bazę, do której będę mogła wracać gdziekolwiek bym nie była.

Dom  kojarzył mi się od dzieciństwa ze spokojem i bezpieczeństwem.

Mieszkając na dwa domy nie było sposobu na to by mieć TO jedno miejsce

W Anglii nie chciałam niczego kupować bo zupełnie mi te domy nie leżały.

Tzw „stemple” odpadały a nawet te niby nowoczesne były takimi klitkami, że od progu czułam, że to nie będzie to. Większe brytyjskie domy, które nieco przypominały zabudowę zbliżoną do polskiej kosztowały tyle co u nas spore domy z bajerami. Poza tym, czułam w środku, że UK to tylko takie miejsce przejściowe. Mnie ciągnęło dalej, za ocean.

Jednak Rodzina, zobowiązania na miejscu, nie pozwoliły na rzucenie wszystkiego i wyjazd.

Po decyzji powrotu do Polski i rozwijaniu Firmy mieszkaliśmy w wynajmowanych mieszkaniach, domach.

Jednak kiedy urodziła się Córka i człowiek jakby dojrzał , nabrał odwagi i chęci na to by zapewnić Jej stałe miejsce.

Było to dla mnie bardzo ważne. Chciałam dać Jej poczucie bezpieczeństwa, przynależności, które dla tego człowieka jest przecież bardzo ważne.

Mając to na uwadze i chcąc być odpowiedzialnymi Rodzicami, zaczęliśmy się rozglądać za domem.

Wiedzieliśmy, że tylko dom wchodzi w grę.

W mieszkaniu nasze osobowości by się zakisiły i zamęczylibyśmy się.

Oboje, a teraz we troje lubimy siedzieć w ogrodzie, na świeżym powietrzu, popijać latem „arbuzito”, herbatę z cytryną jesienią czy grzane wino zimą przy naszym ogrodowym kominku przywiezionym jeszcze z Anglii.

Takie momenty pozwalają nam na reset po całym dniu nasyconym różnymi, czasami tez skrajnymi emocjami.

Ja, wnuczka ogrodnika, lubię jak coś kwitnie i pachnie. Lubię aranżować wnętrza, dekorować toteż w swoim domu jest do tego całe pole do popisu.

W mieszkaniu już trochę gorzej. U nas zawsze w zależności od pory roku czy Świąt jest inny wystrój.

Nie lubię nudy, a myślę też sobie, że to też dobrze wpływa na miejsce, w którym z założenia mamy odpoczywać i regenerować się po całym dniu 🙂

 

Pewnego zimowego popołudnia, kiedy nasza córeczka buntowała się z popołudniową drzemką w domu, zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy przed siebie 🙂

Często tak robiliśmy kiedy nie chciała spać, ale też nie tylko. Weekend to dla nas czas by pobyć razem.

Zajeżdżaliśmy czasem na obiad – On często po cięższym tygodniu, oszczędzał mi stania w kuchni w imię spędzenia czasu Razem i jak to często powtarza do dziś: popatrzenia mi po prostu w oczy. W tygodniu bywa wiadomo jak – różnie, pomimo najszczerszych chęci i drobnych gestów.

Krążąc tak po mieście i okolicznych wioskach, zatrzymaliśmy się w bliżej mi nieznanym dotąd miejscu.

Przewinęłam Dusię i zrobiłam szybko mleko 🙂

W tym czasie On zwrócił uwagę na baner wiszący na budynku, przy którym chwilowo parkowaliśmy.

„Obiekt i dom do sprzedania”. Jego to bardzo zainteresowało. Chociaż był weekend, wykręcił numer i zadzwonił do agenta nieruchomości.

Ja słuchałam i jednocześnie się rozglądałam.

Budynek – OK – pomyślałam. Dawno  już szukaliśmy większego magazynu dla Naszej Firmy, ale dom?

Przez krzaczory i zarośla nie było dużo widać, ale dom, generalnie nie przypominał domu w stanie deweloperskim, które mieliśmy okazje oglądać.

Ruina totalna!

Tam długo nikt nie mieszkał!

Chcieliśmy kupić dom, ale nie coś takiego.

Po cichu się zastanawiałam co też mu po głowie chodzi..?

Niewiele myśląc umówił się z agentem nieruchomości na obejrzenie obu miejsc.

Jak się później okazało to Córka „znalazła” nam Nasze Miejsce 🙂

Nie wiedziałam i do dzisiaj nie wiem, co nas tak do końca podkusiło do tego miejsca.

Oboje, choć chyba z moim większym początkowo sceptyzmem, czuliśmy, że musimy to kupić.

Tak zaczęła się nasza wielka przygoda kredytowo-remontowa przed wielkie „P”.

Zapraszam do śledzenia historii naszych budowlanych perypetii, które podzieliłam na kilka wpisów 🙂 nie chcąc zanudzić.

Oj będzie wesoło, będzie. 😉

Nerwy puszczą nie jeden raz,

Nastąpi rozpacz, zwątpienie a nawet znużenie.