To miał być zwyczajny, kolejny wakacyjny dzień naszego pobytu w CA.

Czas Razem bo Babcia zdeklarowała się zająć Dusią. Hurra!

Mieliśmy zarezerwowany Sea Doo czyli nasze skutery wodne.

Na początku miałam lekkie opory bo nie umiem dobrze pływać. Ba! uważam, że nie umiem bo opanowałam tylko podstawowe ruchy, ale pomyślałam, że to nie może być takie straszne skoro dzieciaki na tym szaleją po zatoce…Poza tym nie płynę sama a z dobrym pływakiem i doświadczonym w sportach wodnych człowiekiem. W końcu tu szalał kiedy mieszkał…

Jestem typem walecznym. Chciałam też przełamać swoje pewne opory.. Zresztą kilka godzin wcześniej wprowadzając się w pozytywny nastrój wstawiłam motywujące zdjęcie na FB…

Niestety Żywiołu jakim jest woda nie interesuje ile metrów w życiu przepłynąłeś, jakie certyfikaty z pływania posiadasz…Każdy żywioł rządzi się swoimi własnymi prawami..

Zanim wsiedliśmy na skuter przeszliśmy szybkie szkolenie z obsługi i mapy w jakim rewirze możemy się poruszać..Było to jakieś 3 mile od brzegu…niedużo jakby sobie pomyśleć a jednak dużo bo już dość głęboko…

Wypływając z zatoczki w stronę oceanu całkiem fajnie się poczułam i przez 15 minut drogi zdążyłam się zrelaksować i dobrze nastawić. Ludzie z sąsiednich łódek machali i pozdrawiali, słońce miło prażyło, woda delikatnie chlupała.

Dopiero w chwili wpłynięcia na ocean fale okazały się zdradliwe i spore. Nic. Zostały opanowane i po chwili pływaliśmy a to w jedną stronę a to w drugą. Teraz dopiero poczułam co to wiatr we włosach. Podziwiałam widoki, smakowałam raz po raz słonej wody, która rzucała się na nas wraz z mocniejszą falą. Podpłynęliśmy też do fok, które wylegiwały się na boji i dzwoniły dzwonem…Wszystko super.

Jako, że mieliśmy ze sobą kamerkę to zaczęłam kręcić naszą jazdę w jedną i drugą stronę. Znajoma plaża wygląda inaczej z perspektywy oceanu. Mijały nas żaglówki, jachty i inne skutery. Taki zwyczajny dzień na oceanie.

Czas płynął nam szybko. Wykupiliśmy godzinę, ale dostaliśmy pół godziny extra…

Już mieliśmy wracać. To był ostatni ‚podpływ’ w stronę słońca i powrót w stronę zatoki…

Skręt w prawo, rzut oka na startujący samolot i chlup!…..

Nie wiem jak to się stało bo takich zakrętów podczas tych szaleństw robiliśmy tysiące a to w jedną a to w drugą stronę…
Sparaliżowało mnie. Pierwsza myśl, którą zapamiętałam była: to się dzieje! jednak to się dzieje!

Druga to było: spokojnie. Jakiś głos mówił mi tylko spokojnie. Ruszaj nogami. Ruszałam ile tylko miałam siły lecz w walce z prądami i falami szybko moje nogi się zmęczyły i odmawiały czegokolwiek zresztą targane w jedną czy drugą stronę nie dały rady. Czułam przez ułamek sekundy jak coś mnie wciąga w dół. Nie wiem co to było, ale było to straszne. Jakby specjalnie chciało mnie wciągnąć na dno pomimo kapoka, który miałam cały czas na sobie.

W takiej chwili myślisz o sobie. Chęć przetrwania jest niewyobrażalna. Wie to tylko ten, który to przeżył w takich czy innych okolicznościach.
Gdy machając rękoma i chcąc się zbliżyć do skutera czułam, że się uda nagle nakryła mnie fala z zaskoczenia i poniosła w dół. Serferzy pewnie to znają i lubią. Mnie było to zupełnie obce. Opadałam z sił a wir w jaki wpadły moje nogi był za silny by się z niego wyplątać.

Widziałam tylko jak Ignacy wsiada na skuter, który na szczęście był na tyle zabezpieczony jak bieżnia na siłowni. Kiedy wypadasz do wody wyciągasz automatycznie kluczyk i odcina się silnik. Nie odpłynie sobie a Ciebie nie zostawi na oceanie…

Chciałam podpłynąć, ale nie miałam siły. W pewnym momencie po napiciu się wody nie mogłam oddychać. Próbowałam złapać oddech a były to takie nawet nie pół oddechy.

Chciałam krzyczeć, ale też nie mogłam. Okropność! Bezsilność. Słabość.

W końcu skuter był w zasięgu i TA dłoń. Ostatkiem sił złapałam Ignacego za rękę i modliłam się by mnie utrzymał…Wrzuciłam kamerkę i próbowałam się wdrapać na skuter. Nie było to łatwe bo skuter się kołysał i bałam się by się znów nie wywrócił.

Ten moment kiedy większy ciężar ciała przerzuciłam na skuter był tym momentem!

Kilka sekund zajęło mi by się wspiąć i usiąść na swoim miejscu. Wszystko mnie bolało.

W chwili gdy przytuliłam się do Ignacego i objęłam Go był moim najszczęśliwszym.
Nie chciałam już niczego tylko wrócić do przystani….

Przez całą drogę serce waliło mi jak oszalałe…Nawet pływające foki wokoło mnie nie cieszyły jak do tej pory.
Chciałam już być na lądzie. Nawet się za siebie nie obejrzałam.

Ba! nawet nie wiedziałam, że kamera wciąż działa i wszystko zarejestrowała.

To była najdłuższa minuta z mojego życia. Nigdy nie zapomnę tych dotąd nieznanych emocji i innego rodzaju lęku a nawet strachu…
Ktoś może powiedzieć, że nie umiejąc pływać, nie powinnam wsiadać na skuter.. Może tak, ale taki skuter wygląda niegroźnie. Poza tym nikt Cie o umiejętność pływania nie pyta i płyniesz z człowiekiem który serfował i masz kamizelkę na sobie cały czas.

Podejrzewam, ze zakrywająca fala i szalejące pod nią prądy mogłyby zaskoczyć nawet tego kto sobie pływa w basenie albo jeziorku. Ocean to już inny poziom.

Dopiero gdy wyszłam z przystani i tak szłam cała mokra do samochodu doszło do mnie co się wydarzyło. Było mi wszystko jedno. Nawet nie potrafię opisać tych emocji. Nawet nie byłam przestraszona. Ogarnęła mnie jakaś dziwna obojętność. Poczułam ulgę i jednocześnie wielki głód.

A Ignacy? Pierwszy raz widziałam strach w Jego oczach i jednocześnie nadzieję, że dam radę gdy tak dryfowałam usiłując podpłynąć gdy On dopadł skuter. Stanął na wysokości zadania i postąpił książkowo. Coś krzyczał, ale ja nie słyszałam tylko swój wewnętrzny głos: Spokój, spokojnie…udało się…

Taką przygodę i wodne szaleństwo polecam każdemu. Jest fun! Może tylko bez takiego zakończenia. Pamiętajcie tylko zawsze, ze sea doo jest bardzo wywrotne i bądźcie przygotowani na katapultę w najmniej oczekiwanym momencie. Kamizelka kamizelką, ale Ocean to nie sadzawka za miastem.

Choć bezpośrednio nic nie zagrażało mojemu życiu to jednak czuję, jakbym dostała jeszcze szansę i że mam coś tutaj jeszcze do zrobienia.
Siedzę cała posiniaczona i obolała. Potrzebowałam dłuższej chwili by dojść do siebie. Nawet pozwoliłam sobie na lampkę białego wina i ogromnego burgera! Uczciłam na swój sposób to że wyszłam z tej przygody cała i zdrowa.

 

Załączam film ku przestrodze. To takie trochę life documentary niemal wprost z Hollywood.

 

Kami