– Co ja robię? Zwariowałam i odbiło mi totalnie. Co ja robię tu, na tym dworcu, w środku nocy…?

Łódź-Chojny. Jest grudzień 2005 roku. Zimno!

– Dlaczego ten pociąg jeszcze nie nadjeżdża?!

Stałam i marzłam. Chciałabym zostać w łóżku i móc się obudzić w innej rzeczywistości, niż ta, która mnie wówczas otaczała, wręcz dusiła.

Poczucie pozostawienia samej sobie, swoim myślom, emocjom i lękom. Tego paradoksu, jaki czułam w środku nie potrafię ogarnąć do dziś. Ogromne przerażenie i jednocześnie poczucie siły rozpierającej od środka.

– O! jest! Nareszcie przyjechał. Cholera, jakie te torby są ciężkie. No tak – napakowane po brzegi. Puszki, serki topione, pasztety, jakiś chleb, coś słodkiego. Swoich rzeczy miałam niewiele. Trochę jakichś względnych ubrań, pościel, ręczniki, dokumenty i trochę kosmetyków. W końcu jest zima to potrzebuję jakieś ciepłe rzeczy, podkoszulki, pieczołowicie, z wielkim strachem, pakowane przez Mamę.

Dzisiaj już nie pamiętam, albo też nie chcę pamiętać tych wszystkich emocji związanych z wyjazdem z Polski. Wyjazdem pod wpływem impulsu i to jednego z gorszych, które człowiek może doznać w życiu.

Oto jestem. Kraków główny. Znów te torby. Taksówka. Jest.

Wystraszonym głosem rzuciłam do taksówkarza – Kraków – Balice proszę. Jednocześnie modlę się, żeby chłop nie skasował mnie za dużo.

Pod terminalem jestem lżejsza o pięć dych. Kurde – na kawę jeszcze starczy.

Do odlotu jest jeszcze trochę czasu. Niepewnie rozglądam się po terminalu. Jest tam trochę ludzi.

Panuje już z lekka świąteczna atmosfera. Ludzie się witają, żegnają.

No tak, Boże Narodzenie zbliża się wielkimi krokami. Mnie jakoś „świątecznie” nie jest.

Siedzę i patrzę na to wszystko mętnym wzrokiem. Oczami wyobraźni przenoszę się szybko do domu. Myślę, co bym teraz robiła. Pewnie bym jeszcze spała, a później opracowywała w głowie plan przetrwania dnia. Może po południu przeszła bym się do Edzi (mojej Przyjaciółki z liceum), na makaron z naszym autorskim sosem. Może, po pracy w przedszkolu, wpadłabym do domu, znowu na dosłownie chwilę, by zabrać materiały przygotowane dzień wcześniej dla „moich uczniów”. Maraton korepetycji z matematyki, angielskiego, chemii i niemieckiego był moim powszechnym i codziennym środowiskiem naturalnym. Czasu dla siebie nie miałam za dużo. Zwykle, po takiej gonitwie, „padałam na twarz”. Trzeba też było zebrać energię na napisanie eseju z psychologii na weekend zjazdowy, na ‘uczelni’ i przygotować się na kolokwium.

Z tych moich strategicznych myśli wyrwał mnie głos z megafonu – pasażerowie proszeni są o przejście do bramki.

Ruszyłam szybko do łazienki, by zrobić to, co chodziło mi cały czas po głowie w drodze do Krakowa. By wykręcić TEN numer telefonu, żeby usłyszeć TEN głos, by mnie uratował, zabrał w bezpieczne miejsce, daleko. Tak strasznie się bałam, ale wiedziałam, że muszę to zrobić. Muszę tam polecieć… a jeszcze bardziej nie chciałam. Było mi źle. Zostawiałam moje małe, własne możliwości, propozycje, mój mały, skromny świat. Świat pełen muzyki, marzeń, nauki i tańca.

– Halo – słyszę po drugiej stronie. Jak to teraz piszę to czuję TEN sam dreszcz, które wtedy mnie przeszedł. Wtedy na lotnisku, schowana w łazience. Nawet nie rozstrzygałam przed sobą czy zrobię z siebie kretynkę czy nie. Chciałam JEGO usłyszeć. Gdyby wtedy mógł mnie Ktoś przytulić, upewnić mnie, że dobrze robię, żebym mogła się pozbyć tego okropnego poczucia błędu, jaki popełniam przeciwko sobie samej, wsiadając do tego samolotu.

Wydukałam z siebie jednym tchem – Cześć, miło Cię znów słyszeć. Chciałam się pożegnać bo właśnie wylatuję do Anglii.

– Jak to? Gdzie…?

Chciało mi się płakać. Wiedziałam, że nie mogę.

Musiałam szybko skończyć tę rozmowę. Nie umiem opisać, jakie ogromne były „motyle w brzuchu”, które poczułam przez te kilka sekund. To było takie moje małe szczęście, że mogłam znów, choć przez chwilę usłyszeć TEN głos, który kilka miesięcy wcześniej mnie zahipnotyzował na zawsze. Głos spokoju, bezpieczeństwa, ukojenia i tego wszystkiego, czego mi strasznie brakowało w tamtym okresie mojego Życia.

Musiałam iść. Usiadłam na swoje miejsce. Zapięłam pas. Spojrzałam ostatni raz przez okno. Gdy samolot zaczął kołować zamknęłam oczy.

Przyjemność lotu odbierał mi raz po raz przeogromny stres. Ten ścisk w żołądku sprawił, że cały lot trwał o dziwo tyle co nic i był średnio przyjemny.

Podejście do lotniska Manchester pokazało mi obraz ogromu miasta. Tysiące migających światełek.

Przełknęłam ślinę.

W końcu wylądował.

Tłum rozpędzonych ludzi, dziwny, inny zapach powietrza, różne twarze, kolory skóry i ten język, a bardziej języki, które nagle zaczęły mi dźwięczeć jednocześnie w uszach, a „rdzenny” angielski brzmiał jak bełkot.

Miałam wrażenie, że mam jakiś problem ze słuchem.

– Gdzie ja jestem? Dokąd mam iść? Gdzie ten cholery numer telefonu, który dostałam.

Siedzę, czekam. Kto po mnie przyjdzie i czy się zjawi. Umówiona godzina już mija.

Jest! Młody chłopak, Marcin. Pomaga z tobołami, prowadzi na przystanek autobusowy.

Tak, tak. Dzisiaj większość emigrantów zawozi się wzajemnie na lotniska samochodami i dodatkowo przy tym zarabia. W 2005 roku było nieco inaczej. To były początki emigracji…

Autobus i tyle luksusu.

Zajęłam miejsce po lewej stronie, zaraz za miejscem na bagaże. Kto jechał kiedykolwiek „stejczkołczem” ten wie.

Linia 43.

Trasa okrutnie długa.

Kiedy jechaliśmy było już ciemno. Patrzyłam w okno. Krajobraz zmieniał się co dzielnica i był dla mnie strasznie obcy.

Światła, mijane samochody, jazda po drugiej stronie. Co przystanek autobus się zatrzymywał na dzwonek pasażera. Ruszał i znów się zatrzymywał. Za chwilę to samo. Bujało mną w jedną i drugą stronę. Byłam strasznie już głodna, zmęczona, a nadal nie wiedziałam kiedy pójdę spać.

Marcin raz po raz uśmiechał się do mnie pobłażliwie, jakby wiedział co mi w głowie dźwięczy. Musiałam wyglądać na bardzo wystraszoną, bo w pewnym momencie powiedział głośno:

– Nie martw się. Każdy kiedyś zaczyna.

Niby tak. Tylko co? I kto? Ja nie chcę!

Patrzyłam na tych wsiadających i wysiadających ludzi. Każdy z nich żył swoją rutyną dnia. Zmierzał w jakimś swoim własnym celu. Ja to zostawiłam. Daleko w Polsce.

Mijałam tak kolejne, coraz dziwniejsze dzielnice. Wythenshaw, Northenden, Didsbury. Te nawet wyglądały jak z brytyjskich filmów. Od Fallowfield obraz zaczął się zmieniać. Od Rusholme było więcej świateł, neonów i kolorowych ludzi, którzy tłumnie, wręcz wpadali do autobusu, ze swoim arabskim „bełkotem”. Nie mam nic przeciwko językom. Sama nawet i dziś chętnie się ich uczę. Przed pierwszym wyjazdem do innego kraju zawsze staram się przyswoić kilka zwrotów, ale ten konkretny język był mi bardzo obcy. Do tego te dziwne, męskie spojrzenia, które dopiero zaczęłam „rozumieć” po jakimś czasie pobytu w tym „multikulturowym” kraju.

W pewnym momencie autobus zatrzymał się. Koniec jazdy. Jak się okazało tylko tym autobusem. To nic, że zajęło to półtorej godziny.

Piccadilly. Miałam wrażenie jakby Anglia znów wróciła. Przeważała ilość białych twarzy, jeżeli można mówić o jakiejś przewadze w kraju, który różnych nacji ma chyba najwięcej.

Trzeba było znów zabrać torby i iść. Na drugi autobus. Ledwo żyłam. Z głodu bolała mnie już głowa, potrzebowałam do toalety. Do tego zaczął kropić deszcz. No tak. Czego ja się spodziewałam w deszczowym kraju?

Szczęście, że Marcin niósł cięższą torbę. Ja nie dałabym rady ze wszystkim. Wsiedliśmy do autobusu. To już nie był „stejcz” tylko jakiś inny, mniejszy „translud”.

Ciemno, ponuro i śmierdząco. Zrobiło mi się słabo. Zważywszy na fakt, że przyleciałam z Polski, gdzie zima zawitała na dobre. Tutaj temperatura była jesienna.

Cała zgrzana. Nawet nie miałam siły się rozpinać.

Wysiadka. Nieprzyjemny wiatr spotęgował tylko u mnie poczucie zimna, co, w połączeniu ze zmęczeniem, dało mieszankę wybuchową. Miałam taki moment, że chciałam wrócić. Nie chciałam tu być. Niewiadome zawsze są, ale tutaj to po prostu był test dla moich granic wytrzymałości. Tak mi się wtedy wydawało.

Droga od przystanku na Hyde Road ciągnęła się przez Chapman Street. O ile dobrze pamiętam, a przyznam, że chciałabym to wymazać z pamięci, „moje nowe miejsce”, ładnie mówiąc, zamieszkania znajdowało się przy Corrigan Street. Miałam jeszcze do przejścia tylko niecała milę. Wiadomo, gdzie wtedy były już moje nogi.

Jest ciemno. Stanęliśmy pod domem. Typowo angielski „stempelek”.

Czerwona cegła odbija się od mocnego światła latarni.

Wchodzimy.

Zapach stęchlizny. Grzyb na ścianach jak nic. Od razu mnie odrzuca. Mam skazę zapachową i to się zwykle u mnie źle kończy.

Znowu myśl: Gdzie ja u diabła jestem? No właśnie, do diabła stąd chyba jest już blisko.

Pokazano mi moje miejsce do spania, bo pokojem ciężko to było nazwać. Kanapa we wściekle czerwonym kolorze, poszarpana, z pomarańczowym wzorem na całości. Z lekka przybrudzona, ale kto by się przejmował. Klucha w gardle coraz większa. OK. W dodatku w tym całym domu było trochę chłodno.

No tak, oszczędności. Niektóre angielskie domy miały jeszcze maszynki na monety, którymi doładowywało się prąd, a ten zasilał piec. Ten był stary. Zaniedbany i totalnie zasyfiały.

Rozłożyłam się w łazience – jeżeli można było tak nazwać postawienie kosmetyczki na oknie. Wypakowałam jedzenie na wyznaczoną półkę w lodówce i do szafki. Tak, każdy miał swoją wyznaczoną przestrzeń.

Poszłam się wykąpać. Nie wiem czy wtedy, jak na swoje skończone niedawno 21 lat, czułam się kiedykolwiek gorzej. Gdyby się głębiej zastanowić to tak, ale przynajmniej tamto było w Polsce, gdzie bądź co bądź byłam „u siebie”.

Wszędzie wydawało mi się brudno. Miałam się wykąpać. Do tego ten kran! Kosmos! W wannie słuchawka prysznicowa podłączona do jakichś dwóch gumowych „cycków” przypominających dojarkę ???

– Co ja mam z tym zrobić? Po tym jak oparzyłam się wrzątkiem z kranu pomyślałam, że chyba trzeba to założyć na kran. Nie pomyliłam się. To służy do mieszania wody. W UK, w wielu domach, są dwa krany. Jeden z okrutnie zimną wodą, drugi z wrzątkiem. Najbezpieczniej było myć się w zimnej.

No nic. Po wyszorowaniu wanny, weszłam w klapach się wykąpać. To była najpiękniejsza chwila z ostatniej doby. Poczułam jak spływa ze mnie cały brud. Przestałam mieć wrażenie, że się kleję i wszystko do mnie.

Zeszłam na dół. Zaparzyłam sobie herbatę. Przywieziona z Polski inaczej smakowała.

Marcin przysiadł się do stołu. Z pracy wrócił jego ojciec, więc była do dla niego okazja, żeby przeprowadzić wywiad psychologiczno-środowiskowy. Nie lubię opowiadać o sobie, a tym bardziej wtedy nie bardzo miałam nastrój na zwierzenia.

Obaj coś do mnie mówili. Pamiętam piąte przez dziesiąte. Byli bardzo mili. Jednak ja, z racji przejść w życiu, byłam nieufna. Starałam się trzymać, nie pokazać po sobie słabości i zwyczajnie nie rozpłakać.

Potem wrócili do domu inni lokatorzy. Tak. W takim domu zazwyczaj mieszkało zbiorowisko wielu ludzi. Przepełnienie było w normie.

Różni ludzie, w różnym wieku, z różnymi przejściami. Nigdy nie wiedziało się, kto śpi pod tym samym dachem. Do czasu jakichś wydarzeń.

Wiele razy okazywało się, że są to uciekinierzy od kryminału lub mężczyźni uciekający od obowiązków rodzinnych, którzy po pewnym czasie swojej „misji ratowania sytuacji rodziny w Polsce” zwyczajnie układali sobie drugie życie w Anglii.

Byłam świadkiem czułych rozmów telefonicznych mężczyzn z żonami, którzy tej samej nocy sypiali z innymi kobietami.

I ja pośród tego wszystkiego.

Przyszła pora na pójście spać. Współlokatorzy wstawali w środku nocy do pracy. Dwóch z nich było kierowcami autobusów. Jeden sprzątał autobusy, a syn jednego z kierowców nie robił nic poza spaniem, wydobywaniem z siebie dziwnych bełkotów i szwędaniem się po dzielnicy przez cały dzień.

Spałam na parterze. Wszyscy zajmowali pokoje na górze.

Wyciągnęłam z torby prześcieradło, pościeliłam sobie małą poduszkę i przykryłam się kocem w niebieską kratkę. W tym momencie łzy samoistnie poleciały mi po policzkach, ale jak! To były takie grochy, że z trudem w ciszy je powstrzymywałam. Zapach koca, zapach domu, zapach względnego bezpieczeństwa. Jak ja wtedy chciałam znaleźć się w moim pokoju, na tym dziesiątym piętrze wieżowca, w mieścinie pod Łodzią. Właśnie pod tym moim kocem. Tego nie wie nikt, kto nie musiał się z tym zmierzyć.

Zwykle zasypiałam myśląc o czymś dobrym. Nawet, kiedy znajdowałam się w patowych sytuacjach, a wówczas zdarzało się tego aż nadto, to zawsze, jakimś dziwnym sposobem wskrzeszałam w sobie wewnętrzną siłę by jednak myśleć o czymś dobrym. Może po prostu tak łatwiej mi było zasnąć. Niestety nie tej nocy. Tym bardziej, że spałam na krótkiej kanapie, przy samych drzwiach. Przy głowie stał rower Marcina, którym jeździł do pracy. Leżałam w tych okropnych ciemnościach i zastanawiałam się co to będzie. Jak? Czułam się tak podle. Odarta z własnych potrzeb, życzeń i swobody. Wolałabym teraz rozwiązywać zadania z angielskiego albo przygotowywać ćwiczenia na korepetycje z chemii. Na randkę raczej bym się nie szykowała, bo byłam sama, ale może układałabym sobie w głowie jakiś układ taneczny, który później ćwiczyłabym do upadłego w moim pokoju. Tak to lubiłam. Muzyka w pewnym momencie utrzymywała mnie na powierzchni tak, że mogłam oddychać i iść dalej.

Leżałam tak jakąś chwilę. Nie mogłam zasnąć. Usiadłam. Strasznie ciemno. Nie wiem gdzie zapala się światło. A może lepiej nie, bo pobudzę wszystkich. Siedziałam tak aż nagle poczułam jak po moich stopach coś przebiegło…!

Serce mi stanęło mi w gardle! Teraz nie było wyjścia i zapaliłam światło.

Chciało mi się wymiotować. Zapach grzyba na ścianach przy chodzącym ogrzewaniu był bardziej wyraźny, a to stworzenie lub stworzenia to były karaluchy.

Okropność.

Wiadomo, że już nie zmrużyłam oka. Skuliłam się na tej kanapie i tak zostałam.

Co ja wtedy miałam za emocje. Reagowałam biernie czyli wcale. Asertywność na poziomie zero.

Tak zaczęła się moja emigracja. Od zera, z trzema stówkami papierków z „Królową Elą”.

Do pobytu w Anglii nastawiłam się bardzo zadaniowo. Oszem, zawsze chciałam w Niej się znaleźć, tyle, że w innych okolicznościach. Chciałam uczyć się tutaj języka, ewentualnie być na wymianie studenckiej, traktując ten kraj jako przystanek w dalszej podróży na zachód naszego globu.

Teraz jednak wyglądało to zupełnie inaczej. Przyszło tutaj uczyć mi się życia.

Mojego Życia.