Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że jedząc normalnie zmieszczę się w spodnie, które nosiłam, kiedy miałam osiemnaście lat (a było to tak niedawno i rzeczywiście ważyłam mało) to zawyłabym ze śmiechu, niczym wilk do księżyca i poprawiła lampką ulubionego wina.

 

„Że niby ja? Po ciąży?” – która skutecznie namieszała mi w hormonach i zniechęciła do kolejnej?”

 

Nie, nie, nie. Takie proste to nie jest. Ja wolę poty na siłowni i porcje dla wróbelka.

 

Zaraz, zaraz przecież i to przerabiałam. Siłownia niemal codziennie, z zaleceniami trenera, który podnosił poprzeczkę mojego samozaparcia, jednocześnie jedząc swoje śniadania przy mnie i poprawiając moją krzywą pozycję ‚plank’.

 

Zniechęciłam się po trzech miesiącach i zorganizowałam sobie miejsce do ćwiczeń w domu. Nakupiłam płyt topowych fit trenerek i jechałam z nimi równo, rzucając epitetami, których nie powstydziłby się Boguś Linda 🙂

 

Bez skutku.

 

Zaczęłam mocno zastanawiać się co jest grane. Przecież to niemożliwe wyciskać z siebie siódme poty, jeść zdrowe, nieprzetworzone rzeczy, produkty fit, owsianki, jaglanki, jogurty i różne inne cuda, które stawały mi w gardle i nie schudnąć NIC!

 

Przypuszczam, że nie ja pierwsza to przerabiałam.

 

Strasznie to demotywujące przecież. Ćwiczysz, jesz, czytasz etykiety, bo masz w domu małe dziecko. Zakupy zajmują Ci przez to więcej czasu, a waga jak na złość zatrzymała się w jednym miejscu i niewiele już jej brakuje by przekroczyć wynik trzycyfrowy!

 

MAKABRA.

 

W szczególności dla osoby, która nigdy nie miała problemów z wagą. Jadłam co chciałam, kiedy chciałam, a makarony były moim ulubionym daniem. Ileż to ja ich wariacji przećwiczyłam to tylko ja i mój żołądek wiemy. To były pyszne czasy 🙂

 

Zawsze byłam szczupła, nie mówię, że chuda. Takiej atletycznej budowy. Szerokie biodra, pełne uda, ale w proporcjach. Mój mężczyzna określił moja figurę na butelkę Coca-coli 😀

 

Próbowałam wielu diet. Jedna skutecznie mnie wyleczyła z ciastek, produktów z dużą ilością mąki, ale nadszarpnęła moje nerki. Wszak jedząc normalnie schudłam 9 kilogramów w dwa miesiące, ale dolegliwości przypominają o sobie do dzisiaj.

 

Żadna z diet, nagłaśnianych jako najlepsze i na czasie, nie dawała rezultatów, pomimo mojego sumiennego podejścia. Otóż dieta, w połączeniu z ćwiczeniami miała mi pomóc wrócić do sylwetki co najmniej sprzed ciąży.

 

Uważam, że ciążę przeszłam dobrze. Najlepsza i zarazem najcięższa jej część przypadała na wiosnę i lato, więc nie miałam za bardzo jak przytyć. Jadłam owoce i warzywa sezonowe.

Zmieściłam się w 13,5 kg wagi dodatkowej, z ponad czterokilogramowym dzieckiem pod sercem.

 

Karmienie piersią pozwoliło mi szybko wrócić do wagi sprzed ciąży, nawet ze sporym zapasem.

 

Najgorsze zaczęło się kiedy pewnego ranka moja Córka przystawiona do piersi po prostu ją odepchnęła! Tak właśnie 🙂

Podziękowała tym samym za karmienie.

 

W pewnym sensie ucieszyłam się. Na butelce była od samego początku, bo nie „produkowałam” tyle pokarmu ile mój głodomorek by sobie życzył.

 

Szybko się przestawiła, a ja byłam zadowolona, że mój biust będzie dalej jędrny – bo przecież rodząc Dziecko nie przestałam być kobietą, co nie? 😉

 

Niestety z miesiąca na miesiąc wręcz puchłam. Bywały dni, w których przez moje łydki nie przechodziły spodnie, które miałam na sobie dnia poprzedniego.

 

Jestem optymistką. Bardzo ciężko jest mnie zdołować, ale z czasem zaczęło mi to mocno doskwierać. Najbardziej w momencie, kiedy zaczęło mi brakować ubrań, których – z racji zamiłowania do mody – mam sporo.

 

I tak…jeansy musiałam kupić nowe, koszulki miałam większe  – jeszcze z czasu ciąży. Kurtki nie mogłam zapiąć. Fajnie, że biust duży, ale i ręce też zwiększyły objętość.

Mogłam zapomnieć o krótkiej spódniczce. Z takimi bułkami na kolanach nie chciałam się pokazywać.

Jak to w takich przypadkach bywa, weszłam na etap maskowania, czyli większe i luźne spodnie, dłuższe topy, bluzy oraz wszystko, co mogło zakryć wylewające się boczki.

 

W pewnym momencie zaczęłam cichaczem cierpieć. Walczyłam ze sobą, swoim optymizmem i nie poddając się, próbowałam dalej.

 

Chęci na zdrowszą, lżejsza sylwetkę nigdy mi nie mijały. Nie jestem osobą zazdrosną, więc na szczuplejsze koleżanki patrzyłam z podziwem i stawiałam sobie cel, że i mnie się uda lepiej wyglądać.

 

Na szczęście miałam i dostawałam wielkie wsparcie od Niego.

Nigdy nie usłyszałam, że jestem gruba, że powinnam się za siebie zabrać czy, że jestem odpychająca.

Powiedzmy sobie szczerze, że i tak się niektórym Kobietom zdarza.

Poza żartobliwymi żarcikami o „kochanym ciałku” nigdy nie usłyszałam niczego obrażażliwego. On ciągle patrzył na mnie TYM wzrokiem, jakim patrzył na mnie pierwszego dnia.

To mnie bardzo budowało. Mimo tego zaczęłam się łapać na tym, że unikam spoglądania na siebie nago w lustrze, że nie przymierzałam już jak kiedyś sterty sukienek, nie kompletowałam z taką fantazją moich zestawów na kolejny dzień.

Zamykałam się w sobie i pomimo wysokiego poczucia własnej wartości, jako osoba z różnymi doświadczeniami, to w sferze swojej fizyczności czułam jak oddalam się od samej siebie.

Nie pozowałam już tak ochoczo do zdjęć jak kiedyś, wręcz ich unikałam. Oglądać siebie na zdjęciach też nie chciałam.

 

Był to chyba proces naturalny.

 

W momencie, kiedy, wbrew moim próbom, moje ciało przymusiło mnie to przekroczenia mojej osobistej „bariery dźwiękowej”, w postaci zakupu spodni w rozmiarze 44 i sukienki „plus size”, w luźnej rozmowie z moją znajomą, ta powiedziała mi, że umówiła się do dietetyka.

 

Nie powiem, że nie zastanawiałam się nad specjalistą. Ba! Nawet byłam kilka razy u pewnej kobiety, która miała podejść do sprawy nowocześnie i mądrze, a skończyło się na moim poczuciu bycia jej królikiem doświadczalnym. Zrezygnowałam i już więcej nie wróciłam. Później był wcześniej wspomniany trener i długo, długo nikt, poza oczywiście – moimi potami wylewanymi w domu.

 

Po tej rozmowie nakręciłam się na dietetyka jak szczerbaty na suchary i poprosiłam o kontakt. Akurat na pierwszą wizytę musiałam długo czekać, ale miałam za to wcześniejsze ogólne informacje od wspomnianej znajomej, która była już po pierwszej wizycie.

 

W lutym odwiedziła mnie Przyjaciółka z Anglii i akurat podczas Jej pobytu doszło do mnie zamówienie z mojej ulubionej sieciówki, która jak dotąd nie zawiodła mnie jeśli chodzi o rozmiarówkę. Złapałam się na tym, że moja garderoba jest w dobrej połowie wypełniona ciuchami z jej metkami. Znałam swój rozmiar, wiedziałam co zamówić i nie musiałam wychodzić z domu. Na shopping bardzo ciężko mnie namówić.

Aż mnie dziwi, że w Anglii bywałam personal shopper’em!

Nie znoszę przymierzać ciuchów w tych przymierzalniach. Zdecydowanie wolę doradzać innym Kobietom.

Serio, nie znoszę wręcz tych przymierzalni. Nieważne, czy lato czy zima. Wolę zamówić, przymierzyć w domu i ewentualne odesłać. Po prostu tak mam.

 

Moja Przyjaciółka również lubi ciuchy, a że jest chuda jak przysłowiowa szkapa, to mogła sobie zawsze pozwolić na kupowanie ciuchów w dużo mniejszych rozmiarach. Kazała mi szybko pokazać co zamówiłam i owszem podobały Jej się rzeczy, niemniej ja złapałam się na tym, że odruchowo tłumaczyłam jej się z tego, dlaczego mam sukienkę z działu plus size…

O kurde! – pomyślałam! Ja? Serio?! Nie!!! To nie mogło się zdarzyć. Co z tymi cudownymi zestawami ćwiczeń a’la zabójca tłuszczu czy karate kid? No ludzie! A co z kuskusem z warzywami czy chlebkiem pełnoziarnistym z rukolą, chudą szynką? A przepraszam – makaron żytni z kurczaczkiem i świeżym szpinakiem to co? Zło? Może golonka niby lepsza, tak?

I tak zaczęłam rozmyślać. „Hello!” Nie jestem słodyczożercą. Słodkie może leżeć koło mnie póki data nie przejdzie. Wszak mój Tato zawsze nazywał mnie chomikiem, bo to u mnie zawsze mógł znaleźć upchnięte w szufladzie czekolady, batony i insze „cukry” od babć, ciotek i kolegów 😉

 

Jak zjadłam czekoladę to kawałek, bo akurat zapach okazjonalnie skusił. Jeżeli sięgałam po pierniki to było pewne, że mam migrenę i to jest mój „ibuprom”.

 

Nie myślałam nigdy o sobie źle. Robiłam co mogłam i na co pozwalała mi wiedza.

 

Do czasu kiedy nie weszłam do gabinetu.

 

Pamiętam ten kwietniowy dzień jak dziś…..

 

Nie chcąc Cię dalej zanudzać. Zapraszam na dalszą część opowieści o mojej walce z wagą i jak się okazało na wizycie o zdrowie już jutro o tej samej porze 🙂

Poniżej mała galeria sprzed zmiany podejścia do diety: