Pamiętam ten kwietniowy dzień jak dziś…..

 

Oto wchodzę ja. Optymistycznie nastawiona kobieta, która bardzo chce być zdrowa i przy okazji wreszcie dobrze wyglądać.

 

Po wcześniejszym oddaniu próbek wszystkiego J do badania usiadłam w fotelu, przed Panią doktor.

 

Od wejścia poczułam panujący tam profesjonalizm. Byłam wśród ludzi, którzy wiedzieli co robią.

 

Zostałam wypytana przez panią doktor dosłownie o wszystko.

Nie tylko o to, co jem, ale w jakich porcjach, porach, bez czego żyć nie mogę, a czego nie toleruję.

 

W oparciu o moje wyniki stwierdziła u mnie insulinooporność oraz zapalenie tarczycy…

Okropność… Miałam zerowe pojęcie, co to jest i co mnie czeka.

 

Do tego mocno zakwaszony organizm (nadmiar „zdrowych” jogurtów) i zatrzymanie toksyn we krwi.

Moje nerki nie funkcjonowały prawidłowo, a moja wątroba była osłabiona. Miałam również spore niedobory mineralne, pomimo przyjmowania suplementów!

 

Przez moment miałam koszmarną wizję tabletek, hormonów i niewiadomo czego jeszcze.

 

Szybko jednak minęło.

 

Rozpisano mi jadłospis na pierwsze pięć tygodni, co miało być swego rodzaju szokiem dla organizmu.

Po tym czasie miałam stawić się w klinice z wynikami dodatkowych badań, pod kątem owej tarczycy.

 

Dostałam cztery posiłki dostosowane godzinowo do mojego trybu życia. Pani doktor zrobiła szczegółowy wywiad – o której wstaję, o której wożę dziecko do przedszkola, jak pracuję, co jadamy na kolację i o której ją jadamy. Dosłownie wszystko! 😉

Chciała wiedzieć co sprawia, że czuję się taka zmęczona.

Przyznałam się, że czuję się często wyssana z energii, że zasypiam z dzieckiem niemal codziennie, że często potrafię zasypiać wczesnym popołudniem, choćby na kilka minut!

 

Nie było to dla mnie typowe i normalne.

 

Okazało się, że na początek muszę odstawić pieczywo. Całkowicie! I nabiał też.

 

Do dzisiaj i chyba już dożywotnio, swój dzień zaczynam od szklanki ciepłej wody z wyciśniętą cytryną.

Czasem dodaje starty imbir lub kurkumę.

Mało tego! Miałam pić do 3 litrów wody, oprócz zup!

Chodziłam do toalety częściej niż w ciąży 😀

Pozwoliło mi to jednak oczyścić organizm i paradoksalnie pozbyć się wody.

Jak bardzo się zmuszałam do tego ostatniego litra wody to ja tylko sama wiem 😀

 

Nie będę się rozpisywać co dokładnie mi zalecono, gdyż każdy organizm jest inny i przed podjęciem jakiejkolwiek diety należy zrobić sobie badania, pod których kątem specjalista dobierze osobisty jadłospis.

 

Dzisiaj wiem jakie to ważne!

 

Mnie zalecono owsianki na wodzie, z drobnymi owocami, jajka pod każdą postacią i zupy bez zabielania lub makaronu. To na śniadanie między 8 a 10.

 

Drugie śniadanie to sałatka z warzyw, z rybą, krewetkami, znów zamiennie jajka lub dobre gatunkowo parówki.

Tak! Można, ale z chrzanem, musztardą, bądź ćwikłą. Drugie śniadanie musiało być skonsumowane do 12:00.

 

Między 14:00 a 15:00 jadłam zupy lub sałatki.

W zależności od tego, co jadłam wcześniej lub poprzedniego dnia, albo co akurat miałam ugotowane – jak np. zupę, bo nie dysponuję luksusem czasowym 😉 i nie zawsze udało mi się przygotować cztery różne posiłki.

 

Kolację jadałam maksymalnie do 19, ponieważ zależało mi na przynajmniej jednym posiłku, wspólnie z Rodziną.

Jadłam warzywa w sałatkach,  na parze, pieczone w piekarniku lub smażone na maśle klarowanym czy też oleju kokosowym.

Ze względu na schorzenie tarczycy jadłam też często ryby – a to na parze, a to innym razem pieczone czy smażone na zdrowych olejach.

Ryż ciemny z warzywami lub w smakach orientalnego curry też dość dobrze mnie zapełniał.

 

Niestety w pierwszej fazie uderzeniowej oprócz pieczywa nie mogłam jeść żadnych!!! owoców – czy to w formie ulubionych jabłek, czy suszonych, żadnych makaronów, pierogów czy naleśników.

 

Słodycze – wiadomo – ban. Również kukurydza, soja i groszek wyleciały z jadłospisu na jakiś czas.

Żadnej kaszy pszenicznej czy kuskusa. Napoje słodkie do lamusa (na szczęście ich nie piłam), soki,  nawet świeże, też niestety odpadły.

 

Na moje pytanie o kawę spotkałam się z uśmiechem pani doktor i odpowiedzią, która dźwięczy mi do dzisiaj: „Pani nawet nie będzie wiedziała kiedy przestanie ją pić”.

 

– Zwariowała? – pomyślałam. To niemożliwe 😀 Jestem kawoholikiem! 4-5 dziennie to była moja norma 😀

 

A jednak!

 

Po dwóch tygodniach zorientowałam się, że nie piłam kawy! Ba! Nie odczuwałam potrzeby jej picia!

Dla mnie szok, bo pierwszą czynnością rano, oprócz siusiu :P, było załączenie czajnika, często z jeszcze  zamkniętymi oczami 😀

 

I tak dzisiaj kawy nie piję, ale pijam kurtuazyjnie, do towarzystwa i kiedy smakuję nową odmianę.

Już nie w największym kubku na składzie, tylko w filiżance, a czasem nawet tej do espresso.

 

Sama nie mogłam w to uwierzyć.

Tak samo jak w to, że po 4 tygodniach w spodniach miałam luzy.

Spodnie typu „boyfriend” były moimi ulubionymi i zakrywały tyle ile chciałam, a i one zaczęły mi lecieć „z tyłka” do tego stopnia, że usłyszałam od Niego kiedyś: „skate is great, huh”? J

 

Cała szczęśliwa, lżejsza i z wielka energią (nie zasypiałam z córką, nie czułam okropnego zmęczenia popołudniami) pojechałam w maju na kontrolę.

 

Mam zasadę, że na wagę wchodzę tylko w gabinecie i kiedy po wstąpieniu na tenże piedestał pani doktor obwieściła mi, że mam 4kg mniej i kilka centymetrów po obwodach to się ucieszyłam.

 

Czułam się przede wszystkim lepiej fizycznie i psychicznie, ale również moje nastawienie do „diety” się zmieniło.

Dzisiaj wiem, że „dieta’ to nie etap, a sposób na zdrowe życie. Po prostu sposób odżywiania zgodny z organizmem.

 

Świadomość tego, co mi służy, a co ewidentnie szkodzi pozwoliła mi podejść do samej siebie poważnie i z szacunkiem.

 

Dopiero wtedy poczułam głębszy sens stwierdzenia: „Jesteś tym co jesz”.

 

Później byłam na kontroli w sierpniu – tuż przed wyjazdem na wakacje.

Bałam się tego czasu.

Zastanawiałam się co będę jeść, żeby utrzymać wagę i się nie cofnąć.

Na szczęście Kalifornia okazała się wspaniała nie tylko pod względem klimatu, ale również pod względem jej kultu życia fit oraz dostępności różnorodnych, zdrowych produktów.

O tym jednak szczegółowo napiszę w innym poście J

 

Podczas kontroli okazało się, że od maja do końca sierpnia (czyli cały sezon „grillowy”, w którym, szczególnie podczas wizyt znajomych, nie jadłam jak wróbel) zjechałam z wagi 9 kilogramów! Znów straciłam sporo centymetrów tak, że mogłam kupić spodnie w rozmiarze 40!

 

TAK!!! :D:D:D

 

Te też okazały się nieco luźne 🙂

Wspaniałe uczucie kiedy chwalisz siebie i jesteś chwalona! 🙂

 

Zresztą – nie muszę chyba o tym mówić 😉

 

Każda Kobieta czuje się lepiej i emanuje tym magnetyzmem, kiedy czuje się dobrze w swojej własnej skórze 🙂

 

Wszystko to bez ćwiczeń, jeżeli nie liczyć kilku sporadycznych wypadów na siłownię i może kilka razy na zumbę, z której zrezygnowałam tak szybko, jak się na nią zapisałam.

 

Co prawda, zorganizowaliśmy sobie siłownię w domu. Mam bieżnię, na której mogę chodzić i nadrabiać serialowe zaległości. Ja jednak popołudnia wolę spędzić czas z Córką, a wieczory z Nim. Rano często jestem w „dzikim pędzie”, więc na ćwiczenia najzwyczajniej nie ma już czasu 😀

 

Obecnie jestem przed trzecią kontrolą i jestem strasznie ciekawa jej wyników.

Wszak miesiąc w Stanach okazał się dla mnie dobry bo nie przybyło mi nic!, ale też…nic nie ubyło (zważyłam się przy okazji ważenia walizek :P).

 

Jestem z siebie dumna, ekstremalnie szczęśliwa i przede wszystkim czuję się zdrowa! Jutro jadę zrobić zalecone badania, a w przyszłym tygodniu jadę na kolejną kontrolę i po nowy jadłospis.

 

Gotowanie stało się dla mnie przyjemnością. Nie tylko dlatego, że pomaga mi w nim mój kochany garnek do wszystkiego, ale również dlatego, że udoskonalam wszelkie wariacje dań, używając do ich przygotowania składników, które mi służą. Przy okazji Rodzina korzysta i dobrze się odżywia 🙂

 

Przede wszystkim JEM.

 

Nie głodzę się. Jem bo lubię. Nie potrafiłabym chodzić głodna i zła 🙂

 

Można jeść smacznie, zastępując nietolerowane składniki tolerowanymi.

 

Kiedy widzą mnie znajomi to mówią, że coś inaczej wyglądam 😉

 

Owszem – na twarzy nie jestem napuchnięta jak chomik, a i na zdjęciach siebie lubię na nowo 😉

 

Proszę nie mylić mnie z jakimś „fit freak’iem”, bo co, to, to nie. Wszystko z głową i pod moje potrzeby mentalne 😉

 

Cudownie jest wejść w ulubioną sukienkę, która wisiała w szafie dłuższy czas, a po której założeniu kiedyś wyglądałam jak salceson upchany w osłonkę do parówki. No, może nie wyglądałam tak dosłownie, ale sama się tak czułam.

Dzisiaj chętniej noszę opięte bluzki i to w rozmiarze M, a te XL wydają mi się taaakie duże.

 

Inaczej też patrzę na osoby mocno otyłe. Wiem, że ich wygląd nie do końca wynika z ich obżarstwa, bo to stanowi mniejszy odsetek, ale z powikłań w organizmie, który sobie nie radzi.

 

Jeszcze długa droga przede mną.

 

Jestem jednak mocno zmotywowana, zachęcona i wiem, że inwestycja w siebie w tym konkretnym przypadku była najlepszą jaką dotąd zrobiłam dla siebie.

 

Właśnie.

 

Dla siebie.

 

To jest ważne, jak nie najważniejsze 🙂

 

Mnie się udało. Każdemu też się uda. Tobie też 🙂