3. kwiecień 2018.

To miał być zwykły wczesnowiosenny wtorek.

Zaraz po Wielkanocy u Babci.

Mój ulubiony dzień tygodnia.

Po późnym powrocie z Łodzi poranek miał niezłe tempo.

Poranne pogaduchy z Córeczką, szykowanie do przedszkola i odjazd bez mojego śniadania bo w drodze powrotnej mam zajechać do laboratorium.

Przez chwilę się zamyślam kiedy Nadia pyta mnie jak to jest mieć fasolkę w brzuchu.

Ciesze się bardzo na ten stan ponownie bo bardzo dobrze go wspominam.

Nawet ilość badań i ewentualne dolegliwości nie zabierają mi entuzjazmu na kolejne Dziecko.

Szybko się ogarniamy i wychodzimy z domu.

Po drodze Dusia jeszcze dopytuje o fasolkę i co chwilę zmienia zdanie, że chce siostrę a chwilę później brata.

Uśmiecham się do tego i tłumacze, że tego się nigdy nie wie, że to taka niespodzianka jak w Kinder Surprise.

Po odstawieniu Dusi do przedszkola układam mniej więcj plan dnia.

Dziwnie się jednak czuję, zwalam to na ciążowe samopczucie w dodatku zaraz po Świętach u Babci i późny powrót do Opola…

Intuicyjnie jednak oczuwam pewien niepokój im jestem bliżej laboratorium.

Decyduję, że zanim pójdę oddać próbki i dać się pokłuć to zajdę do ginekologa, który jest tuż obok i podzielę się swoimi odczuciami.

Panie w recepcji jak zawsze miłe i dyskretne.

Zwierzam się im, że w Święta a konkretnie od Wielkiego Piątku miałam krwawienie, które przypisałam okresowi, który powinien mi przypadać a poprzedni się z wiadomych względów spóźniał.

Mówię, że już tak przy poprzedniej ciąży też miałam, ale wolałabym się upewnić zanim pójdę robić badania. Pamiętam jak dodałam słowo  “niepotrzebnie”…

Już wtedy chyba wiedziałam, że coś jest nie tak.

Moja intuicja jeszcze mnie nigdy nie zawiodła.

Tym razem jednak bardzo chciałam przerzucić wszystko na hormony…

Pani w recepcji podeszła do tematu poważnie i powiedziała, żebym usiadłą pod gabinetem i mój lekarz mnie zaraz przyjmie jako nagły przypadek.

 

Weszłam do gabinetu jak zawsze serdecznie powitana przez lekarza.

Zawsze się u Niego dobrze i komfortowo czułam.

Teraz ściskało mnie coś w gardle.

Jednak w duchu pomyślałam, że jest dobrze.

Jestem optymistką w najgorszych momentach to i teraz też będę.

Po rutynowym badaniu przyszła pora na usg.

Nie potraafię opisać tego uczucia pragnienia zobaczenia tej małej plamki na ekranie, na którym i tak z trudem zawsze coś wypatrywałam.

To USG trwało dla mnie wieki.

Nie tylko, że lekarz przeskanował mi chyba całą jamę brzuszną, ale że nic nie mówił i to było najgorsze.

 

Po dłuższej chwili delikatnym i przyciszonym głosem powiedział próbując być profesjonalny, ale widziałam, że jest coś nie tak.

On zawsze taki entuzjasta z opowieściami.

Wtedy usłyszałam: Pani Kamilo, bardzo mi przykro, ale Pani fasolki nie ma.

Zamarłam w bezruchu na leżance.

Zrobiło mi się okrutnie zimno.

Miałam wrażenie, że wszystkie mięśnie mi się spięły.

Na leżąco spoglądałam raz na ekran, raz na lekarza.

“Ale jak to nie ma?!”

U mnie nie ma?!

Przecież była!

Widziałam!

Mam zdjęcie!

To już kolejny tydzień.

To niemożliwe.

Pan doktor pomógł mi wstać.

Skulona zasiadłam na fotelu naprzeciwko z pytającymi oczami.

Przeciez ciąża to dla mnie fakt, który kończy się po dziewięciu miesiącach oczywiście szczęśliwym rozwiązaniem!

Lekarz spokojnym głosem powiedział, że tak się zdarza.

Wiele Kobiet nie wie, że poroniło.

PORONIŁO?!

O czym On do mnie mówi?

Że co? ze niby ja poroniłam? Nie będzie dziecka? Nie ma?!

Jak to możliwe?!

Nie pytałam dlaczego ja i miałam wtedy zero żalu.

Tak jakby ktoś mnie zamroził.

Po chwili ciszy, która dla mnie trwała wieki usłyszałam, że dobrą informacją jest to, że jestem płodna, że zachodzę w ciążę.

Wtedy to nie miało dla mnie znaczenia.

Później jednak zrozumiałam każde jedno słowo.

 

Oczywiście już nie poszłam do laboratorium…

Ja sama nie wiem jak wróciłam do domu.

Drogę mam dosyć prostą i raptem 10 km po linii prostej i to dosłownie.

Pamiętam jedynie jak przez mgłę, że jechałam, nie płakałam jakimś dziwnym trafem, ale miałam myśli a przede wszystkim jedną: Masz Dusię, Jest Dusia, Masz Dusię.

Tak mi sie plątały w głowie jak gdyby to była ostateczność.

A ja tak nie chciałam przecież. Dusia chce rodzeństwo .

My chcemy mieć kolejne dziecko.

O co chodzi?

Nawet wtedy nie zastanawiałam się Kto mi tak dobrze pożyczył.

W swoim otoczeniu miałam kilka osób, które niekoniecznie życzyły mi szczerze szczęścia.

Kiedy przekroczyłam próg domu coś we mnie wezbrało.

Rzuciłam torebkę na ziemię, odwiesiłam płaszcz i usłyszałam kroki Męża schodzącego z góry by mnie powitać bo rano nie mieliśmy okazji się widzieć.

Jak tak schodził z półpiętra ja stałam nieruchomo jak ta przysłowiowa bida i milczałam.

On powitał mnie jak codzień swoim promiennym uśmiechem, który ZAWSZE odkąd jesteśmy razem dawał mi wiecej niż tysiąc słów i góra złotych monet.

Tym razem było inaczej.

W tej właśnie chwili coś we mnie pękło kiedy zapytał: I jak tam było na badaniach?

Ja wtedy podniosłam ciężkie już od zbierających się łez oczy i wycedziłam z trudem przez gardło:

“Skarbie, Nie ma naszej fasolki.  Zniknęła. “

Nastała sekundowa mroczna cisza.

Kiedy nasze oczy się spotkały ponownie nastapił wybuch.

Płączu.

Nas obojga.

Nigdy dotąd nie widziałam Męża w takim stanie.

On jest oazą spokoju, cierpliwosci do granic i wyciszonym czlowiekiem.

Tutaj ukazało sie Jego inne oblicze.

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek mnie tak mocno przytulił.

Wziął za ręce usadził na krześle i dalej przytulał, glaskał i płakał razem ze mną.

My ludzie optymiści, w najgorszej sytuacji znajdujący światełko w tunelu, idący zawsze w stronę slońca.

I coś takiego nam sie przytrafia?

Cholera.

To niemożliwe.

Dla Nas NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH.

A jednak…

Nie wiem jak, ale pamiętam, że w pewnej chwili znalazłam się na tarasie, skulona w swoim jajku – huśtawce prezencie wlaśnie na Jajo…

Zostałam sama.

Wtedy mi wszystko puścilo…Zaczęłam tak płakać jakby odcinali mi kończynę po kończynie…

Nie wiem ile to trwało..dla mnie wieki…

Podzieliłam się informacja napisaną nie tak wprost na swojej kurzej stronie.

Kilka osób odczytało treść i przesłanie prawidłowo bo tylko garstka wiedziała wtedy o ciąży…

Zaczęły nadchodzić pytajace wiadomości, rozdzwonił się telefon.

Pisałam i mówiłam prawdę bo co innego mi zostało…

Wszystkim przykro.

Jedna rozmowa utkwila mi w pamięci. Byla inna niż wszystkie…rzadko do mnie dzwoniła…a tu nagle telefon…Zapytała mnie jak się czuje…a jak ja się mam do cholery czuć pomyślałam…i ta zaraz zmiana tematu i przerzucenie się na doświadczenia z poronieniami jej siostry…Przepraszam, ale co mnie w tej chwili Twoja siostra interesuje? Dzwonisz do mnie by pocieszyć czy w jakim celu? Nie rozumialam tego wówczas. . Bylam wtedy mocno roztrzęsiona i moje riposty były uśpione…

Później tych pytań bylo więcej i więcej.

Ja potrzebowałam spokoju…ale sama sobie to wywołałam w innym zupełnie celu.

Chciałam poczuć moc wsparcia.

Tego oczekiwalam. Nawet ciszy, ale obecności kogoś wyrozumiałego, czującego mnie w tej wlaśnie chwili.

Oboje z mężem bylismy rozbici.

Ten dzień był jakoś już taki inny.

Niby niewiele sie zmienilo, a jednak.

Ktoś mógłby powiedzieć, że o co ja tak rozpaczam skoro to był pierwszy trymestr..

Pamiętam, że tego dnia wieczorem przyjechała po pracy do mnie jedna z serdeczniejszych Znajomych.

Rozmawiała o wszystkim i o niczym, zagadywała Dusie, opowiadała różne historie.

Nie powiedziała nic na temat poronienia, nie zadawala glupich pytań, po prostu byla, jak gdyby nigdy nic.

Jestem Jej za to dzisiaj wdzięczna. Zawsze będę.

 

Ciężkim momentem było powiedzenie Dusi o fasolce, która znikneła.

Uznaliśmy jednak, że nie będziemy jej oszukiwać i powiemy jak jest.

Staramy sie być szczerzy w stosunku do Córeczki, w końcu ma 6 lat i jest bardzo mądrą dziewczynką więc szybciej zrozumie prawdę a my okażemy Jej szacunek jako do człowieka nam bliskiego.

 

Zasmuciła się, ale od razu pocieszyłą mówiąc: Nie martwcie się, będzie nowa fasolka przecież.

Rozwaliło nas to.

Uśmiechałam się przez łzy dziękując Sile Wyższej za tak cudownie rozumne dziecko.

 

Kiedy obudziłam się następnego dnia to zastanawiałam się w jakiej rzeczywistości jestem i co dalej.

Nie miałam weny i chęci do niczego a pomysłów na fajne rzeczy miliony w głowie jeszcze do wczoraj.

Czułam się jak po tygodniu treningów albo po operacji.

Nieruchoma, obolała, ze spuchnietymi oczami.

Musialam sie ogarnąć.

Miałam dla Kogo..

Wykonywałam swoje obowiązki jak robocik…

Bez zastanowienia.

Na pamięć.

Jadąc samochodem wyłaczyłam muzykę, radio.

Przez jakis czas jeździłam w ciszy bo ani mnie muzyka jak nigdy nie cieszyła i chciałam być też skoncentrowana na jeździe.

 

Po dwóch czy trzech dniach przemykania niczym cień postanowiłam wziąść się w garść.

Mam przecież cudną córeczke.

Nie mogę tak sie snuć i dać jej tego odczuwać.

Chociaż tak mi się NIC nie chciało.

Ani bawić, ani jeść, ani sprzątać, ani pracować, o wrzucaniu treści na bloga nie wspominając.

Kompletnie NIC.

Zebrałąm siłę w sobie.

Kilka razy w Życiu to już zrobiłam, więc miałam wypracowany schemat zbierania się samemu.

Zaimplementowałam auto-terapię.

Spacery po pobliskim lesie dobrze wietrzyły głowę ze złogów i durnych myśli, które dobijały się do mnie jak zwariowane.

Wpatrywanie sie w tafle jeziora i horyzont za nim pozwoliło ocenić nową perspektywę.

W swoim ogrodzie jeszcze nigdy nie mialam tylu posadzonych kwiatów co wówczas.

Nie zjadłam tylu zajęcy czekoladowych co przez ten najcięższy tydzień w życiu.

Dom wysprzątałam w każdym zakamarku, prawie.

Skupiłam się na Dusi bo to cholernie pomagało i odciągało mnie skutecznie od myślenia.

 

Oczywiście w miedzyczasie miałam swoje słabsze oj dużo słabsze chwile.

Kiedy spotkałam się z Teściem i kiedy zapytal jak się czuję i jak fasolka to na szczęście Mąż pierwszy oznajmił , ze się tym razem nie udało.

Ku mojemu zaskoczeniu, bo Teść nie jest najbardziej empatyczną osobą, powiedział do mnie specjalnie sie jeszcze wracając, że będzie dobrze, żebym się trzymała.

Innym razem chcąc odciągnąć myśli,  postanowiłam udekorować Dusikowy pokój skoro innego nie jest mi dane.

W jednym sklepie spotkałam dobrą znajomą, która wiem, że miala podobne przeżycia..

Na jej widok się rozpłakałam jak dziecko na środku sklepu..

 

 

3. kwiecień 2019

 

Dzisiaj rok póżniej po tych dla mnie tragicznych wydarzeniach trzymam Cud w swoich ramionach.

Wyczekane dzieciątko.

Udało się!

Dzisiaj mogę być wdzięczna, że lekarz podszedł to tego jak podszedł i zachęcił do podjęcia dalszych prób.

Tak też się stało.

Mąż zabrał mnie w ramach oderwania od otoczenia na wyjazd.

Odpoczęłam, zregenerowałam się.

Dobrze mi to zrobiło.

Mieliśmy sporo czasu dla siebie.

Po tych wydarzeniach jeszcze bardziej się do siebie zbliżyliśmy.

Później już rodzinnie wybraliśmy się na drugą półkulę naładować baterie.

To podczas tych ciepłych dni, w cieniu kołyszących się palm i szumie oceanu udało się ku naszemu zaskoczeniu pozyskać nową fasolkę, która szczęśliwie okazała się silna i dzisiaj mamy drugą, cudowną Córeczkę z nami od kilku tygodni.

To dowodzi temu, że w ciągu roku może się rzeczywiście dużo zmienić.

Warto wierzyć i się nie poddawać.

Nigdy!

 

Poprzez to bolesne doświadczenie zrozumiałam bardzo wiele rzeczy.

Zweryfikowałam co jest dla mnie ważne.

Priorytety poukładały się zupełnie inaczej.

Dzisiaj wiem, że najwyraźniej natura wybrała wtedy inaczej; że to stało się po coś.

Dzięki temu zdarzeniu dowiedziałam się ile Kobiet z mojego otoczenia i nie tylko przeszło to co ja.

Problem jest naprawdę duży.

O tym się po prostu nie mówi i to jest błąd!

 

O tym należy mówić głośno bo trzymane emocje mogą i niejednokrotnie prowadzą do nieszczęśliwych zdarzeń w życiu Kobiet.

 

Symbolicznie w rocznicę tych wydarzeń ciepło wspominam istotkę, której nie było dane zaznać naszej Miłości.

Łączę się myślami i całym sercem ze wszystkimi Kobietami, które przeżyły taką stratę niezależnie na którym etapie rozwoju.

Wyrażam nadzieję, że ten temat nabierze rozgłosu i wiele Kobiet w potrzebie znajdzie odpowiednio wcześniej pomoc i wsparcie.

Ja sobie poradziłam, wierzę, że i Tobie się uda!